Grudzień 2017

WSPOMNIENIE O BIAŁYM OBRUSIE 


Wigilie mojego dzieciństwa dopiero dzisiaj przyjmuję jak najpiękniejszy dar. Bo do tego potrzeba ogromnego dystansu, jaki nam daje, niestety, wyłącznie czas. Ten sam zegar, przy którym tak radośnie witamy następny rok, nieświadomi,
że zaraz za jego progiem rozpościera się ogromna tęsknota za tym, co było.
O Wigiliach minionych opowiadam moim córkom zawsze z sakralną nutą patosu. Patrzą na mnie trochę zdumione, bo niby dlaczego biel tamtego obrusa była inna? Jak mogły inaczej smakować uszka w barszczu, skoro powstają przez rodzinne wieki na bazie tych samych kulinarnych doświadczeń nieocenionej Babci Olgi. Dziewczynki wytrzymują w nabożnym skupieniu opis choinki pełnej papierowych łańcuchów i Aniołków, które osobiście powoływałam do świątecznego istnienia. Ale przy liście moich ulubionych prezentów, wybuchają niekontrolowanym śmiechem. Bo jak tu się nie śmiać na samą myśl, że ich matka mierzy 24 grudnia nowe piękne białe... kalosze. A ja je mierzę i pękam z dumy, szczęśliwa, że ktoś bardzo mądry (bez wątpienia św. Mikołaj) rzucił do pobliskiego sklepu z butami to przepyszne, dumne obuwie. A ile radości sprawiały mi prążkowane rajtuzki, białe ciepłe majty i pamiętnik, w którym moja ukochana nauczycielka zrobiła trzy błędy ortograficzne. Święty Mikołaj demaskował wszystko. System, w którym rosłam na dzielną dziewczynkę, wątpliwe przyjaźnie (tej zazdrości z powodu kaloszy nigdy nie zapomnę), tęsknotę za płytą Genesis, których pod choinką dzielnie zastępowali „Skaldowie”.
Na szczęście z prawdziwym wzruszeniem słucha moich wynurzeń mąż i pies. Ten pierwszy dostawał paczkę cukierków. Z rozrzewnieniem mówi, że to były krówki, ale nie mordoklejki. Pies natomiast zawsze jest w wigilijnym dniu świątecznie skupiony. Nic dziwnego. Szczeka raz do roku. Właśnie w Wigilię, co potwierdzałoby teorię jednorazowego gadulstwa zwierząt. Moja mama, pragmatyczna osiemdziesięciolatka, twierdzi, że szczeka, ponieważ tego dnia jest objęty dietą bezmięsną. Ja natomiast wiem swoje. Wierzę w magię wigilijnych cudów. Bo czyż nie jest corocznym cudem odnajdywanie rodzinnej tożsamości na przestrzeni pokoleń? Mojej Babci Olgi niby nie ma, a uśmiecha się do mnie z pierogowego stołu najmilszym smakiem łazanek z kapustą. Tata też już odszedł, a przecież co roku przymykam oczy i widzę, jak cudnie płonie jego elegancka marynara, ta, którą wkłada na domowy skrzypcowy koncert kolęd. Gra nam opowieść o narodzinach Jezuska, a my niecierpliwie czekamy, kiedy z jego pleców pójdą pierwsze dymy.
Skrzypce od wielu lat milczą. Moje córki patrzą na nie co roku z jakąś dziwną nadzieją. Pewnie wierzą, że i one przy kolacji przemówią rzewnym tonem wspomnień. Cieszę się z tej ich wiary. Wiem, że kiedyś, gdy zaczną wspominać nasze wigilijne wieczory, ich dzieci spojrzą na swe matki z niedowierzaniem. Bo jak to możliwe, żeby był na świecie jakiś bielszy obrus od tego, przy którym dzielą się opłatkiem?...

Z serdecznymi życzeniami pięknego przeżywania świątecznej chwili.

Barbara Kosmowska